Pracownia Olgi Boznańskiej

Olga Boznańska. Portret z Akademią w tle.

Autor: Michał Pilikowski
Artykuł pierwotnie pojawił się na łamach "Wiadomości ASP" nr 88 (styczeń 2020).
Ukazał się w trakcie obchodów Roku Kobiet z ASP.

Mało brakowało, byśmy setną rocznicę przyznania kobietom prawa studiowania w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych świętowali już u schyłku XX wieku. Niewątpliwie dodatkowego blasku obchodom dodawałby fakt, iż z inauguracją nauczania kobiet w murach najstarszej polskiej uczelni plastycznej związane byłoby nazwisko Pierwszej Damy polskiego malarstwa.

Olga Boznańska przyszła na świat 15 kwietnia 1865 roku w Krakowie jako córka Adama Nowiny-Boznańskiego i pochodzącej z Francji Eugenii Mondant. Atmosfera domu rodzinnego miała ogromne znaczenie dla Olgi Boznańskiej. Rodzice pomogli jej w odkryciu właściwej drogi życiowej. Widząc zamiłowanie córki do sztuki, rozbudzali je. Sami byli ludźmi wykształconymi, pełnymi szacunku dla pracy artystycznej i naukowej. Pierwszych lekcji rysunku udzielała Oldze matka, nauczycielka, która już od dawna malowała dla przyjemności. Z jeszcze większym zrozumieniem do artystycznych aspiracji córki odnosił się ojciec, z zawodu inżynier zajmujący się budową torów kolejowych. Adam Boznański był zawsze dla Olgi prawdziwym przyjacielem i największym autorytetem. Byli z sobą bardzo zżyci. Aż do śmierci, która nastąpiła w 1906 roku, Adam Boznański interesował się jej karierą zawodową i wspierał ją finansowo. Na podobne względy mogła liczyć również druga córka państwa Boznańskich, Izabela, trzy lata młodsza od Olgi. Gdy tylko zdradziła uzdolnienia muzyczne, rodzice od razu zadbali o ich rozwinięcie. W 1878 roku razem z rodzicami Olga udała się do Paryża. Oszołomiona, najlepiej zapamiętała zwiedzaną wówczas Wystawę Światową. Spacerując paryskimi zaułkami, marzyła o wielkiej karierze. Na razie trzeba było wracać do Krakowa.

 Olga Boznańska. Autoportret.
Fotografia: Agra-Art

Jako kobieta Olga Boznańska nie mogła wstąpić do krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Adam Boznański sprowadził więc do domu w charakterze nauczycieli rysunku dla córki dwóch uznanych artystów: Kazimierza Pochwalskiego i Józefa Siedleckiego. Następnie, w latach 1884-1886, Olga studiowała na Wydziale Sztuk Pięknych Wyższych Kursów dla Kobiet Adriana Baranieckiego u Hipolita Lipińskiego i Antoniego Piotrowskiego, słuchając równocześnie wykładów Konstantego Górskiego z historii sztuki. Już jej pierwsze próby malarskie zapowiadały wielki talent. „Dotychczas stale biadano nad złym losem, który odgrodził młodą adeptkę od źródła wiedzy, jakim winna być Akademia Sztuk Pięknych. Jednakże w tym czasie, gdy miała rozpocząć studia w Krakowie, uczelnia krakowska była pod wpływem potężnej indywidualności twórczej Jana Matejki; wielu ciekawych i zdolnych malarzy musiało pokonywać wielkie przeszkody, by nie ulec sugestywnej mocy oddziaływania sztuki mistrza”1 – zauważała Helena Blum. O swoim rozwoju artystycznym Olga Boznańska myślała nieustannie. Kraków stawał się dla niej zbyt ciasny.

Monachium od dawna już było ulubionym miejscem studiów artystycznych młodych adeptów sztuk pięknych z całej Europy. Międzynarodowe środowisko artystyczne, słynna Akademia Sztuk Pięknych i liczne szkoły prywatne, świetne muzea i galerie, międzynarodowe salony i wystawy najlepszych artystów współczesnych oraz rozbudowany rynek sztuki przyciągały jak magnes. Temu urokowi uległa również Olga Boznańska i w 1886 roku wyjechała do stolicy Bawarii. W podjęciu tej decyzji pomógł Oldze ojciec, który osobiście znał stojącego na czele polskiej kolonii artystycznej w Monachium Józefa Brandta, a w celu skłonienia malarza do otoczenia córki jeszcze większą opieką sam parokrotnie przyjeżdżał z podwawelskiego grodu do miasta nad Izarą. Boznańska uczyła się w szkołach prywatnych: najpierw u Karla Kricheldorfa, a następnie pod kierunkiem Wilhelma Dürra. To tutaj, jak zawsze twierdziła, nauczyła się malować. „To taka monachijska maniera, żeby wszystko było szare, ale uważam, że na tym polega wdzięk tutejszych obrazów. To, czego brakuje w moich obrazach, to energii, myślę, siły, sądzę, że jeśli uda mi się połączyć je z tym co wiem, będzie mi się dobrze pracowało. Jestem o wiele bardziej uzdolniona do koloru niż do formy, takie jest przynajmniej zdanie pana Kricheldorfa”2 – stwierdzała w liście do matki z 20 marca 1887 roku. „Dwa lata spędziłam w pracowni Kricheldorfa, pracując w pocie czoła jak ów najemnik biblijny, co przyszedł o świcie do winnicy Pańskiej. Żyłam w ciągłej ekstazie, bo otaczała mię atmosfera podniosła zapału. Widok pracujących kolegów i wielkie dzieła sztuki w muzeum podniecały moją ambicję artystyczną”3 – wspominała po latach. Zmieniała pracownie. Uczestniczyła w życiu artystycznym. Zawarła liczne znajomości. W 1891 roku poznała młodego malarza i architekta Józefa Czajkowskiego, z którym wkrótce się zaręczyła. O sprawy bytowe troszczył się ojciec, regularnie przesyłający Oldze pieniądze. Robiła postępy: „Jednego dnia odwiedził mię Józef Brandt a przeglądnąwszy moje prace orzekł, iż nie potrzebuję więcej profesora. Według niego zdawałam sobie dostatecznie sprawę z warunków twórczych”4. Olga Boznańska była pod wielkim wrażeniem Monachium i panujących tam zwyczajów. Do końca życia zachowała o tym mieście bardzo dobre wspomnienia, uważając lata spędzone w Niemczech za najbardziej twórczy okres swego życia.

Namalowane w Monachium obrazy należą do najlepszych w dorobku Olgi Boznańskiej. Wychodząc z tradycji monachijskich stworzyła swój niepowtarzalny styl.

Zatrzymajmy się przy Kwiaciarkach z 1889 roku. Ta niby banalna scena rodzajowa urzeka nowatorskimi rozwiązaniami kompozycyjnymi i oryginalnym układem perspektywicznym. Głębię obrazu wyznaczają poszczególne plany, określone przez kolejne barwne płaszczyzny: od odwróconej do nas plecami dziewczyny poprzez wnętrze pokoju aż do rozpościerającego się za oknem pejzażu z motywem architektonicznym.

Przełom w karierze Olgi Boznańskiej nastąpił w 1893 roku wraz z namalowaniem Portretu malarza Pawła Nauena. „Pamiętam, było to w środę rano. Deszcz mżył, taki kapuśniaczek monachijski. Otwierają się drzwi i wchodzi z podniesionym kołnierzem wykwintny Nauen. To był mój obraz! »Niech pan tak zostanie«. Posadziłam go na kanapie w kwiaty, włożyłam mu do ręki filiżankę i zaczęłam malować. Podobał mu się ten portret, jak zresztą wszystkim”5. A więc to nie sceny rodzajowe, pejzaże i martwe natury będą znakiem rozpoznawczym Olgi Boznańskiej. W Portrecie malarza Pawła Nauena odnajdujemy te wszystkie cechy, które, udoskonalane z biegiem lat, świadczyć będą o unikalności jej sztuki. Boznańska bezbłędnie panuje nad obrazem. Ręce, twarz, ubranie, tło… – i podpis wirtuoza: biało-niebieska filiżanka. Tym obrazem Boznańska wdarła się na sam szczyt. Jest to zasługa nie tylko świetnych wartości malarskich, ale i tematu, który utrafił w gusta epoki. Stworzyła wizerunek dekadenta, który z niepokojem spogląda w przyszłość. Niby pewny siebie w swej nonszalanckiej pozie, a jednak pełny egzystencjalnego lęku. Przynajmniej tak, zgodnie z duchem epoki, odczytała przesłanie obrazu krytyka. Nauen, monachijski malarz znany ze swego zamiłowania do bujnego życia towarzyskiego, poczuł się urażony taką interpretacją i pozwał jednego z recenzentów do sądu. Sprawę wygrał, a w orzeczeniu sąd zabronił krytykom snucia przypuszczeń na temat osoby modela. Tymczasem Olga Boznańska w 1894 roku za Portret malarza Pawła Nauena odbierała kolejne medale: w Wiedniu złoty, a we Lwowie srebrny. Obraz, zakupiony w 1896 roku przez Muzeum Narodowe w Krakowie, stał się pierwszym dziełem Boznańskiej pozyskanym do zbiorów narodowych.

Rok 1894 przyniósł kolejne arcydzieło w dorobku Olgi Boznańskiej. Obok Dziewczynki z chryzantemami nie sposób przejść obojętnie. Szaleństwo w oczach, burza włosów – i tylko pęk chryzantem ociepla ten wizerunek. Ona już nas przejrzała i wie o nas wszystko – my o niej nic. Czy uśnie, gdy usłyszy kołysankę – kołysankę Rosemary? Artystka mistrzowsko oddała atmosferę, udowadniając, że malarstwo walorowe opanowała do perfekcji. Wszystko tutaj oparte jest na grze tonów i półtonów, zanurzonych w szarosrebrzystej poświacie. Za pomocą drobnych plamek, kładzionych delikatnie obok siebie, artystka maluje dziewczynkę, jej twarz i ręce, złote włosy i czarne oczy, ciemnopopietatą sukienką i białe chryzantemy oraz szare tło. Dziewczynka z chryzantemami również świadczyła o przywiązaniu Olgi Boznańskiej do „schyłkowego” sposobu myślenia. Wiek XIX się skończy, ale demony, szarpiące ludzką duszę, pozostaną…

 

Jako kobieta Olga Boznańska nie mogła wstąpić do krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Adam Boznański sprowadził więc do domu w charakterze nauczycieli rysunku dla córki dwóch uznanych artystów: Kazimierza Pochwalskiego i Józefa Siedleckiego. Następnie, w latach 1884-1886, Olga studiowała na Wydziale Sztuk Pięknych Wyższych Kursów dla Kobiet Adriana Baranieckiego u Hipolita Lipińskiego i Antoniego Piotrowskiego, słuchając równocześnie wykładów Konstantego Górskiego z historii sztuki. Już jej pierwsze próby malarskie zapowiadały wielki talent. „Dotychczas stale biadano nad złym losem, który odgrodził młodą adeptkę od źródła wiedzy, jakim winna być Akademia Sztuk Pięknych. Jednakże w tym czasie, gdy miała rozpocząć studia w Krakowie, uczelnia krakowska była pod wpływem potężnej indywidualności twórczej Jana Matejki; wielu ciekawych i zdolnych malarzy musiało pokonywać wielkie przeszkody, by nie ulec sugestywnej mocy oddziaływania sztuki mistrza”1 – zauważała Helena Blum. O swoim rozwoju artystycznym Olga Boznańska myślała nieustannie. Kraków stawał się dla niej zbyt ciasny.

Monachium od dawna już było ulubionym miejscem studiów artystycznych młodych adeptów sztuk pięknych z całej Europy. Międzynarodowe środowisko artystyczne, słynna Akademia Sztuk Pięknych i liczne szkoły prywatne, świetne muzea i galerie, międzynarodowe salony i wystawy najlepszych artystów współczesnych oraz rozbudowany rynek sztuki przyciągały jak magnes. Temu urokowi uległa również Olga Boznańska i w 1886 roku wyjechała do stolicy Bawarii. W podjęciu tej decyzji pomógł Oldze ojciec, który osobiście znał stojącego na czele polskiej kolonii artystycznej w Monachium Józefa Brandta, a w celu skłonienia malarza do otoczenia córki jeszcze większą opieką sam parokrotnie przyjeżdżał z podwawelskiego grodu do miasta nad Izarą. Boznańska uczyła się w szkołach prywatnych: najpierw u Karla Kricheldorfa, a następnie pod kierunkiem Wilhelma Dürra. To tutaj, jak zawsze twierdziła, nauczyła się malować. „To taka monachijska maniera, żeby wszystko było szare, ale uważam, że na tym polega wdzięk tutejszych obrazów. To, czego brakuje w moich obrazach, to energii, myślę, siły, sądzę, że jeśli uda mi się połączyć je z tym co wiem, będzie mi się dobrze pracowało. Jestem o wiele bardziej uzdolniona do koloru niż do formy, takie jest przynajmniej zdanie pana Kricheldorfa”2 – stwierdzała w liście do matki z 20 marca 1887 roku. „Dwa lata spędziłam w pracowni Kricheldorfa, pracując w pocie czoła jak ów najemnik biblijny, co przyszedł o świcie do winnicy Pańskiej. Żyłam w ciągłej ekstazie, bo otaczała mię atmosfera podniosła zapału. Widok pracujących kolegów i wielkie dzieła sztuki w muzeum podniecały moją ambicję artystyczną”3 – wspominała po latach. Zmieniała pracownie. Uczestniczyła w życiu artystycznym. Zawarła liczne znajomości. W 1891 roku poznała młodego malarza i architekta Józefa Czajkowskiego, z którym wkrótce się zaręczyła. O sprawy bytowe troszczył się ojciec, regularnie przesyłający Oldze pieniądze. Robiła postępy: „Jednego dnia odwiedził mię Józef Brandt a przeglądnąwszy moje prace orzekł, iż nie potrzebuję więcej profesora. Według niego zdawałam sobie dostatecznie sprawę z warunków twórczych”4. Olga Boznańska była pod wielkim wrażeniem Monachium i panujących tam zwyczajów. Do końca życia zachowała o tym mieście bardzo dobre wspomnienia, uważając lata spędzone w Niemczech za najbardziej twórczy okres swego życia.

Namalowane w Monachium obrazy należą do najlepszych w dorobku Olgi Boznańskiej. Wychodząc z tradycji monachijskich stworzyła swój niepowtarzalny styl.

Tymczasem w Krakowie w 1895 roku dyrektorem Szkoły Sztuk Pięknych został Julian Fałat. Rok później wielki reformator uczelni zaproponował Oldze Boznańskiej objęcie kierownictwa wydziału dla kobiet. W prasie pojawiły się nawet anonse na ten temat. „Wyczytałam wczoraj, ku memu wielkiemu zdziwieniu, w gazecie wiedeńskiej, że Szanowny Pan ma zamiar ofiarować mi miejsce profesora w Akademii Krakowskiej dla oddziału kobiet. Jest to ogromny zaszczyt, zanadto wielki dla mnie, bo nie czuję się na wysokości podołania podobnemu zadaniu ni moralnie, ni fizycznie. Dlatego więc, nie czekając nawet na odebranie oficjalnego mianowania, pozwalam sobie dziękować łaskawemu Panu Dyrektorowi za tyle dobroci i prosić Go o wybaczenie jeżeli w żadnym razie tego zaszczytu przyjąć nie mogę”7 – w kwietniu 1896 roku pisała z Monachium w liście do Juliana Fałata Olga Boznańska. Być może poczuła się urażona faktem, że o wszystkim dowiedziała się z prasy. Dużo bardziej wylewna była w liście do ojca z tego samego czasu: „Tak jestem szczęśliwa, że sprawa w krakowskiej Akademii skończona, że sama nie wiem, jak Bogu za to dziękować, a potem p. Fałatowi. Już teraz mogę jechać do Krakowa bez obawy, do tej chwili trzęsłam się na samą myśl wpadnięcia w ręce całej tej zgrai, która mi mojej swobody i wyobrażonego szczęścia zazdrości. Wiem, że Tatuś mi wziął za złe mój list, ale Tatuś nie ma wyobrażenia, do jakiego stopnia ludzie w Krakowie są mi antypatyczni. Gdybym musiała z obowiązku być w Krakowie, byłoby mi smutno pewnie, ale myśl, że obowiązek mnie tam trzyma, byłaby nagrodą, ale ja nie czuję i nie czułam się zobowiązaną poświęcać swego malarstwa i siebie samej dla kilku głupich, nadętych panien, które z braku innego zajęcia brałyby się na kilka miesięcy do sztuki. Na to jest mi mój zawód zanadto poważny. Tatuś wie, że to moje szczęście, że innego nie pragnę na świecie i w chwili, kiedy nie będę mogła więcej malować, powinnam przestać żyć”8. Zapewne Olga Boznańska miała nadzieję, że jej prywatna korespondencja nigdy nie ujrzy światła dziennego. W oficjalnym piśmie do Juliana Fałata była bardziej powściągliwa. O krakowskiej antypatycznej zgrai nie pisała. Od obrażania młodych adeptek malarstwa, chcących podjąć studia w krakowskiej ASP, też się na szczęście wówczas powstrzymała. Co ciekawe, mimo całego wstrętu, jaki odczuwała na myśl o powrocie do Krakowa, z wdzięcznością myślała o Fałacie i jego propozycji. Olga Boznańska pozostała w Monachium otoczona gronem krytyków umiejących docenić każdy niuans jej mistrzowskich portretów. Julian Fałat natomiast nie brał pod uwagę innej kandydatki na profesora, w związku z czym wydział dla kobiet nigdy nie powstał. Niecałe ćwierć wieku później kobiety uzyskały prawo studiowania w Akademii, mając do dyspozycji te same pracownie, co mężczyźni. Niesmak pozostał.

W 1898 roku Olga Boznańska przeprowadził się definitywnie do Paryża, w którym wcześniej bywała wielokrotnie. Musiało się tak stać. Skoncentrowanej wyłącznie na swoim malarstwie Oldze Boznańskiej stolica Francji mogła zaoferować więcej, niż jakiekolwiek inne miasto. W Paryżu mieszkała też rodzina matki artystki, co ułatwiło jej aklimatyzację w nowym środowisku. Razem ze swym kuzynem Danielem Mordantem, parającym się grafiką, niedługo po przyjeździe w jednej z paryskich galerii urządziła pierwszą wystawę. Potem przyszły kolejne, przynosząc Boznańskiej niesłabnące powodzenie artystyczne. Nie traciła kontaktu z Krakowem, piastując nawet w 1912 roku godność prezesa Towarzystwa Artystów Polskich „Sztuka”, w którego wystawach już od schyłku XIX wieku regularnie brała udział.

Olga Boznańska nie zabrała do Paryża swego narzeczonego. Po studiach w Monachium Józef Czajkowski powrócił do ojczyzny i w 1900 roku zerwał zaręczyny z niechętnie odstępującą od sztalug Olgą Boznańską. Józef Czajkowski później związał się z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie, zostając w 1914 roku pierwszym w historii uczelni wykładowcą architektury wnętrz. W latach 1910-1914 wzniesiono nową siedzibę Muzeum Techniczno-Przemysłowego, drugiego, obok Wyższych Kursów dla Kobiet, wielkiego dzieła Adriana Baranieckiego. Fasadzie budynku, zaprojektowanego przez Franciszka Mączyńskiego i Tadeusza Stryjeńskiego, kształt nadał Józef Czajkowski. Tu wszystko ze sobą się łączy, ponieważ, wracając do paryskiej pracowni Olgi Boznańskiej, po rozstaniu z Czajkowskim, kolejnym mężczyzną, który odegrał ważną rolę w jej życiu, był Franciszek Mączyński. Małżeństwa Olgi Boznańskiej z Franciszkiem Mączyńskim pragnął Adam Boznański, pozostający z córką cały czas w kontakcie korespondencyjnym. Z planów matrymonialnych nic nie wyszło, ale malarkę z twórcą Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych połączyła trwała i głęboka przyjaźń, której świadectwem pozostają listy słane przez Mączyńskiego z Krakowa do Paryża – „Memu Złotu”9. A sam budynek przy ul. Smoleńsk 9, w powstanie którego tyle trudu włożyli kolejni adoratorzy Olgi Boznańskiej, w 1951 roku przeszedł na własność Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Olga Boznańska poświęciła wszystko dla sztuki – nie tylko życie osobiste, ale i pracę pedagogiczną w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pozostając w swoim idealnym świecie, nie zdecydowała się na ryzyko wzięcia odpowiedzialności za innych. A może było inaczej? Może było tak, iż nie chcąc zamykać się w gronie wybranych osób, ogarniała swą troską wszystkich ludzi. Humanizm, emanujący z jej obrazów, potwierdza takie przypuszczenie. Potrafiła przecież wyświetlić całą psychikę modela przy użyciu najbardziej wyrafinowanych środków malarskich. Malowanie obrazów było tym, co innym mogła dać z siebie najlepszego. Portretowała swoich bliźnich – z ciałem i duszą. Zza mglistej zasłony wyłaniają się jej portrety-zjawiska. Tworząc swe egzystencjalne portrety operowała własnym językiem. Ściszone i zgaszone barwy z przewagą szarych tonów oddają istotę rzeczy. Rozgrywając swe obrazy operowała kilkoma pokrewnymi kolorami, które w swej harmonii składały się na dzieło skończone, nie tylko w wymiarze malarskim. Po wstąpieniu do Zakonu Sióstr Widzących uczyniła ze swej paryskiej pracowni klasztorną celę, w której – podążajmy dalej za intuicją Pawła Taranczewskiego – „malowała […] nie atakując nikogo, nikogo nie potępiając i niczego nikomu nie narzucając, a o słuszności wyboru drogi upewniała ją wewnętrzna konieczność, nie zewnętrzny przymus. Praca jej nie zwracała się przeciw komukolwiek. Olga nie malowała obrazów, które miałyby zadać komuś gwałt, a raczej takie, które tłumaczyły się same. Artystyczna klauzura wykluczała agresję przez malarstwo, a jej dzieło nie było orężem, lecz szeptem zapraszającym do obcowania z nim i do uczestnictwa w nim; pragnęło być darem, którego nikt ani nie żąda, ani się domaga, i który prosząc oczekuje na przyjęcie”10.

Malowanie portretów interesowało ją najbardziej. „Żywy człowiek jest dla mnie zawsze ciekawszy, aniżeli te wszystkie kombinowane książki i karafki”11 – mawiała. Tym niemniej od czasu do czasu sięgała po inne tematy, malując martwe natury, kwiaty, pejzaże i wnętrza. Malowane przez nią przedmioty też zachowywały jakiś dziwnie uduchowiony charakter. Zwłaszcza kwiaty – już przekwitły, jeszcze całkiem nie zwiędły, straciły swój powab, kolor i zapach. Smutne kwiaty stoją w smutnych wnętrzach. Kolejne pracownie Boznańskiej – w Monachium, Krakowie i Paryżu - stanowiły miejsce akcji jej największych obrazów i zasłużyły sobie z całą pewnością na to, by sportretować ich wnętrza wtedy, gdy drzwi zamknęły się za ostatnim gościem. Pejzaży namalowała niewiele. Promienie słoneczne mąciły tę unikalną atmosferę intymności i ciepła, panującą na obrazach Olgi Boznańskiej. Ona też potrafiła jednak w biegu chwytać wrażenia i zachwycić się momentalnością wrażenia, tak jak chcieli tego impresjoniści. Zawsze pozostawała wierna swej samodzielnej wizji artystycznej. Malując dla siebie – zachwyciła wszystkich.

Sama najwyżej ceniła Velazqueza, a malowane przez nią tak chętnie portrety dzieci mają przecież w sobie coś z infantek hiszpańskiego mistrza. Całą wielką tradycję zachodniego malarstwa uważała za swoją, nawiązując do niej i tworząc nowe wartości. Choć zaczerpnęła pewne wzorce z impresjonizmu, to jednak umiała je zaadaptować na swoje potrzeby, zbliżając się raczej do malarstwa walorowego, w swej pełnej intymności ekspresji nawiązując do ideałów Jamesa Whistlera. Rację miał Jerzy Wolff, gdy stwierdzał: „Boznańska nie jest uczennicą Francuzów, tylko jest ich siostrą, nie jest jakąś ubogą krewną, ale pełnoprawną dziedziczką tego, co się w malarstwie działo od zarania wieków. Tak jak Bonnard, jak Vuillard wychodzi ona bezpośrednio ze sztuki Toulouse-Lautreca, ze sztuki Degasa, mimo, że wtedy kiedy dojrzewała, nie znała ich może wcale i mimo, że łączy ich wszystkich z nią raczej nieuchwytny jakiś »air de famille« niż konkretne znamiona wpływu”12. Drugi z wymienionych nabistów był ulubionym artystą współczesnym Olgi Boznańskiej.

Niezrażeni nieprzejednaną postawą Olgi Boznańskiej w negocjacjach z Julianem Fałatem włodarze warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych ponowili próbę ściągnięcia artystki na ziemię ojczystą. W 1914 roku zaproponowali jej posadę profesora malarstwa. Ich także  spotkał zawód.

Spokój Olgi Boznańskie zakłócił huk dział I wojny światowej. Początkowo zanosiło się nawet na to, że jako obywatelka austriacka będzie musiała opuścić Paryż. Do tego nie doszło, pozostała w mieście jako rezydentka. „Otrzymałam Pańską pierwszą kartkę, a właśnie znalazłam w drzwiach kartkę wysłaną 11 października. Dziękuję Panu za pamięć, nie odpisałam na pierwszą, gdyż byłam zbyt smutna i zbyt przybita, by wymieniać próżne słowa. Gdyby sądzić ludzkość po obłąkanych i zbrodniczych czynach, jakie dziś popełnia, lepiej jak najszybciej połknąć pastylkę, która uwolniłaby nas od przedłużania budzącego wstręt życia. Ale lepiej wierzyć, że przypływ szaleństwa minie... wszyscy są zbrodniarzami. Moje przekonania się nie zmieniły. Jestem wierna, wierna aż do końca... Chciałam dawać, dawać i łagodzić okropne cierpienia wszystkich nieszczęśliwców i zazdroszczę Panu całym sercem, całą siłą swego jestestwa. Cierpię, że jestem tutaj, bierna, bezsilna, gdy tylu innych może działać. Narodowość nie ma znaczenia, istnieją tylko nieszczęśliwi. Ktoś, kto ich często widuje, mówił mi, że w jednym szpitalu w Paryżu większość jeńców (wielu jeńców polskich) wpadła w obłęd. Co za nieszczęście!”13 – Olga Boznańska pisała w październiku 1914 roku do Louisa Libaude’a, marszanda i kolekcjonera dzieł sztuki, który, powołany do wojska, zarządzał szpitalem wojennym. Postawa radykalnego pacyfizmu była naturalną konsekwencją jej sposobu myślenia o człowieku. „Czy trzeba niweczyć każdą cząsteczkę boskości? Niszczyć wszystko, co uwzniośla duszę i serce? A co potem?”14 – pytała dalej w tym samym liście.

Potem wszystko powoli zaczęło wracać do normy. Po zakończeniu I wojny światowej wykrystalizował się dojrzały styl malarski Olgi Boznańskiej. Szukając nowych środków wyrazu poddała swe malarstwo ewolucji, nie zrywając z wcześniejszymi założeniami, a jedynie twórczo je rozwijając. Stworzyła swój indywidualny styl, w którym coraz trudniej było doszukać się inspiracji obcymi wzorami. Tonacja obrazów i ich kolorystyczne rozegranie wzmagają poczucie niematerialności przedstawienia. W nierealnej przestrzeni malarskiego świata artystki przesuwają się kolejne postacie. Wynurzają się one z tła, z którym jednak coraz bardziej się stapiają. Do końca życia Olga Boznańska pozostała już wierna takiemu sposobowi malowania.

Również na terenie Krakowa wszystko zaczęło wracać do dawnego rytmu. Odzyskanie niepodległości wyzwoliło w narodzie nowe siły. U sterów Akademii Sztuk Pięknych stanął niebawem architekt Adolf Szyszko-Bohusz, który w oparciu o krakowską uczelnię postanowił stworzyć instytucję wspomagającą władze państwowe w organizowaniu życia artystycznego w naszym kraju. Polski Instytut Sztuk Pięknych zainaugurował swoją działalność w marcu 1924 roku. W skład komitetu organizacyjnego weszło wielu znakomitych artystów, między innymi Olga Boznańska. Większą żywotność zyskał tylko organ prasowy instytutu, miesięcznik „Sztuki Piękne”, redagowany przez profesorów krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w gmachu uczelni przy placu Jana Matejki. W grudniu 1925 roku na łamach pisma pojawił się artykuł Marcina Samlickiego o Oldze Boznańskiej. Samlicki odwiedził Boznańską w jej paryskiej pracowni. Był świadkiem tego, jak artystka karmi swe myszy makaronem rozrzucanym specjalnie w tym celu po podłodze pracowni, którą dokładnie opisał. Autorka Dziewczynki z chryzantemami opowiedziała mu swe życie, którego kolejne etapy symbolizują trzy miasta: Kraków, Monachium i Paryż. „Melancholia przygotowała dla niej paletę. W ogóle wesołość jest to pierwiastek obcy w twórczości Olgi Boznańskiej. Sztukę jej, nieprzystępną dla szarego tłumu, przez subtelne wyrafinowanie barwy i formy cechuje głęboka powaga duszy wrażliwej”15 – konstatował Samlicki. Opisywał gorliwość, z jaką artystka pomagała materialnie ludziom będącym w potrzebie. Zanotował motto, którym kierowała się w życiu: „Malować pięknie, czynić dobrze”16.

Sama Olga Boznańska w okresie II Rzeczpospolitej często bywała w Krakowie. Zatrzymywała się wówczas w swym domu rodzinnym przy ul. Wolskiej 21 (obecnie Piłsudskiego), który w większej części wynajmowała, z czynszów czerpiąc spore dochody. W podwawelskim grodzie za każdym razem wykonywała portrety, co wpływało na długość jej pobytów, liczoną w tygodniach i miesiącach. Ostatni raz w Krakowie była w 1932 roku.

Lata 30. były trudnym okresem dla Olgi Boznańskiej. Coraz bardziej samotna, żyła w trudnych warunkach materialnych. W 1934 roku siostra Olgi, Iza, która również mieszkała w Paryżu, popełniła samobójstwo. Od dłuższego już czasu miała problemy psychiczne, a troska o jej zdrowie nieustannie zaprzątała uwagę Olgi. Wydarzenie to bardzo źle wpłynęło na stan nerwów Boznańskiej, na stałe już wytrącając ją z równowagi. Sukcesy artystyczne odnosiła do końca życia: w 1937 roku otrzymała Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu, a w 1938 roku na Biennale w Wenecji zorganizowano specjalny pokaz jej obrazów.

Godziny pokoju były już jednak policzone. Olga Boznańska nie obserwowała kolejnych zmagań do końca. Zmarła 26 października 1940 roku w Paryżu. Spoczęła na pobliskim cmentarzu w Montmorency.

W testamencie Olga Boznańska zapisała krakowskiej ASP dom i pracownię przy ul. Wolskiej 21 – „aby służyła młodym polskim malarzom i rzeźbiarzom”17. Tym gestem artystka potwierdziła to, czego domyślaliśmy się już od dawna. Jej decyzja o odrzuceniu oferty Juliana Fałata, podyktowana chęcią całkowitego oddania się malarstwu, też miała służyć młodym twórcom. Poprzez swe obrazy wpłynęła przecież na ukształtowanie wielu generacji studentów Akademii. Chciała, by w jej domu artyści z ASP czuli się jak u siebie w domu.

Przypisy:

1 H. Blum, Olga Boznańska, Warszawa 1974, s. 9.
2 Tamże, s. 55.
3 M. Samlicki, Olga Boznańska, „Sztuki Piękne” 1925/1926, nr 3, s. 106.
4 Tamże, s. 106.
5 Tamże, s. 106-107.
6 H. Blum, Olga Boznańska, dz. cyt., s. 82.
7 M. Aleksandrowicz (red.), Fałat znany i nieznany, t. II: Czasy krakowskie. Korespondencja z lat 1895-1910, Bielsko-Biała 2008, s. 114.
8 H. Blum, Olga Boznańska, dz. cyt., s. 59.
9 H. Blum, Olga Boznańska. Zarys życia i twórczości, Kraków 1964, s. 56.
10 P. Taranczewski, Siostra Prousta, [w:] M. Rostworowska, Portret za mgłą. Opowieść o Oldze Boznańskiej, Warszawa 2003, s. 456.
11 Junius, U Olgi Boznańskiej w Paryżu, „Tygodnik Illustrowany” 1938, nr 42, s. 806.
12. J. Wolff, Pankiewicz i Boznańska, „Głos Plastyków” 1946, nr 2, s. 12.
13 H. Blum, Olga Boznańska. Zarys życia i twórczości, dz. cyt., s. 105.
14 Tamże, 106.
15 M. Samlicki, Olga Boznańska, dz. cyt., s. 118.
16 Tamże, s. 112.
17 A. Król, „Robotą Pani ucieszyć Krakowianów…” czyli wystawiając Boznańską, [w:] Olga Boznańska w Akademii, Kraków 2005, s. 14.